„Tak” – odpowiedział. Jego głos był… dziwny. Nie zimny, nie ciepły, po prostu napięty – jak drut naciągnięty do granic wytrzymałości. „Możesz przyjść dziś wieczorem do mojej mamy wcześniej? Powiedzmy, o szóstej?”
Zmarszczyłam brwi, zerkając na niedogotowany obiad na kuchence. „Dzisiaj wieczorem? Diane urządza kolację we wtorek? Trochę to nagłe, prawda?”
„Właśnie to zorganizowała” – powiedział, wypowiadając słowa urywany, pospieszny. „To ważne, Eleno. Są sprawy, które musimy omówić jako rodzina. Po prostu bądź.”
„Wszystko w porządku, Julian?”
„Po prostu przyjdź” – powiedział i połączenie się urwało.
Stałam tam przez długi czas, a cisza w kuchni nagle wydała mi się ciężka, brzemienna strachem, którego nie potrafiłam nazwać. Ethan bełkotał, sięgając po kolejną truskawkę, zupełnie nieświadomy faktu, że płyty tektoniczne naszego życia właśnie się przesunęły. Powtarzałam sobie, że za dużo kombinuję. Diane była kobietą kaprysów i „rodzinnych szczytów”. Rozkwitała w kontroli i teatrze matriarchatu.
O 17:45 ubrałam Ethana w jego ulubioną granatową koszulkę polo – tę, w której jego oczy wyglądały jak głęboki Atlantyk. Miałam na sobie prostą białą sukienkę w kwiaty, a włosy spięłam do tyłu, zachowując lekkość i normalność. Ale kiedy wjeżdżałam na podjazd posiadłości Hale, zobaczyłam samochody. SUV Juliana, kabriolet jego siostry Karen, pickup wujka Arthura – a nawet sedan jego kuzyna Marka, który pojawiał się tylko na pogrzebach i ważnych uroczystościach.
Ściskało mnie w żołądku. To nie była kolacja. To był trybunał.