Jej oczy zwęziły się w szparki. „Wyjdź. Już. Zanim wezwę ochronę”.
Odwróciłam się w stronę drzwi, moje obcasy wystukiwały buntowniczy rytm na twardym drewnie. Sięgnęłam do klamki, serce ciążyło mi niczym ołów. Byłam gotowa wyjść w noc, gotowa zniknąć we mgle złamanego życia.
Ale wtedy drzwi otworzyły się z zewnątrz.
Stał tam mężczyzna w grafitowym garniturze. Wyglądał na zaniepokojonego, z lekko przekrzywionym krawatem, ściskając skórzaną teczkę niczym tarczę. Jego wzrok rozejrzał się po pomieszczeniu, najpierw zatrzymując się na…
per w mojej dłoni, a potem na Juliana.
„Wydaje mi się” – powiedział nieznajomy, a jego głos przeciął napięcie z precyzją skalpela – „że musimy natychmiast porozmawiać o tym teście DNA”.
Pokój zamarł. Ręka Diane, wciąż skierowana w stronę drzwi, zaczęła drżeć, a na twarzy Juliana pojawił się błysk autentycznego przerażenia, gdy mężczyzna przekroczył próg.
Akt III: Alchemia prawdy