Pomieszczenie nie tylko wydawało się pełne; wydawało się przepełnione duchami wszelkich wątpliwości, jakie Julian kiedykolwiek żywił. Na sekundę świat ucichł. Spojrzałam na Ethana. Wtulił swoją małą twarz w zagłębienie mojej szyi, a jego maleńkie paluszki ściskały koronkę mojej sukienki. Nie rozumiał słowa „ojcostwo”, ale wyczuwał zapach strachu.
„To nieprawda” – powiedziałam. Mój głos był zachrypnięty, cienką nitką dźwięku w pomieszczeniu zaprojektowanym, by wzmacniać potęgę. „Julian, spójrz na mnie. To niemożliwe”.
Nikt się nie poruszył. Cisza była fizycznym ciężarem, zbiorowym wdechem ludzi czekających na rozpoczęcie spektaklu.
Karen, starsza siostra Juliana, pierwsza złamała pieczęć. Odchyliła się w fotelu z uszakami, z rękami skrzyżowanymi na designerskiej marynarce. „To jest tutaj, czarno na białym, Eleno. Nauka nie ma motywu. Ludzie mają”.
„Zweryfikowane” – dodała Diane ostrym tonem. „Przez renomowane laboratorium. Nie mówimy o domowym zestawie z apteki. To była ekstrakcja kliniczna”.
„Zweryfikowane przez kogo?” – zapytałam, zaciskając mocniej dłoń na papierze, aż się zmarszczył. „Skąd to się w ogóle wzięło, Julian? Za moimi plecami wziąłeś DNA mojego syna?”