Pierwsza ciąża wydawała mi się surrealistyczna, jakbym żyła życiem kogoś innego. Przyszli rodzice – Brian i Lisa – byli życzliwi, pełni szacunku i jasno stawiali granice. Nie narzucali się, wysyłali kartki z podziękowaniami i paczki z prezentami po każdej wizycie i płacili wszystkie rachunki na czas.
W ich stałości było pocieszenie. Nie traktowali mnie tylko jako naczynia, ale jako osobę.
Na jego korzyść przemawiało to, że Ethan również stanął na wysokości zadania. Robił koktajle rano, masował mi stopy wieczorem, opowiadał Jacobowi bajki na dobranoc i nieustannie mnie uspokajał.
„Robimy coś dobrego, Mel. Coś znaczącego”.
„Pomagasz tej rodzinie spełniać marzenia”.