Zaglądając przez szparę w drzwiach, zobaczyłam Alexandra stojącego na oświetlonym latarniami tarasie. Obok niego stała jego matka, Eleanor Sterling, kobieta, której krew była zimna jak diamenty spoczywające na jej obojczyku.
A na pluszowej sofie ogrodowej, popijając musujące cydr, siedziała Chloe. Dwudziestopięcioletnia asystentka Alexandra.
Ta sama młoda kobieta, którą osobiście zatrudniłam rok temu, bo przyszła na rozmowę kwalifikacyjną w porysowanych butach i ze łzami w oczach opowiadała o tym, że potrzebuje „tylko jednej szansy, żeby się wykazać”.
Teraz Chloe miała na sobie obcisłą, kaszmirową sukienkę od projektanta, która opinała jej mały, niezaprzeczalnie ciążowy brzuch. Dłoń Alexandra dumnie, zaborczo spoczywała na jej brzuchu, jak u mężczyzny, który właśnie wygrał główną nagrodę.
Jakbym była grą, którą już wygrał.
„Jutro Madeline podpisze ostateczne gwarancje” – powiedziała Eleanor, unosząc kryształowy kieliszek do szampana. „Potem, bez względu na to, jak bardzo będzie płakać i grozić, wszystko będzie prawnie zabezpieczone. Dziedzictwo Sterlingów będzie bezpieczne”.
Po plecach przebiegł mi lodowaty, instynktowny strach.
Alexander odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. „Jutro niczego nie podpisze, mamo” – powiedział gładko. „Już podpisała”.
Oczy Chloe rozszerzyły się, a jej wypielęgnowana dłoń powędrowała do piersi. „Co masz na myśli, mówiąc, że już podpisała, Alex?”
„Jej podpis wisi na bankowych aneksach od czwartku” – uśmiechnął się Alexander, upijając łyk szkockiej. „Nikt nie sprawdza tego, co wydaje mu się, że kontroluje. Ona jest nieświadoma”.