Odwróciła się do gości:
— Mój adwokat złożył już pozew. Żądam rozwodu, podziału majątku i zwrotu każdego centyma zagarniętego ze wspólnego dorobku.
Ojciec wrzasnął:
— Madeleine, naprawdę zamierzasz mnie zrujnować na oczach wszystkich?
Spojrzała na niego w końcu.
— Nie, Bernardzie. Ja tylko pokazuję cię takim, jakim jesteś. Sam się zrujnowałeś.
Claire Morel zerwała się, próbując wyjść. Ale przy wejściu stali już dwaj prawnicy i urzędnik sądowy. Mama powiedziała spokojnie:
— Claire, nie odchodź. Ty też otrzymasz swoją kopię wezwania.
Twarz tamtej kobiety wykrzywiła się. „Jesteś okrutna!”.
Mama opuściła mikrofon.
— Nie. Okrucieństwem jest sypianie obok kobiety przez trzydzieści dziewięć lat i budowanie drugiej rodziny za jej plecami. Okrucieństwem jest pozwolić dziecku dorastać w pytaniu, dlaczego ojciec uśmiecha się bardziej do obcych dzieci. Spóźniłam się, to prawda, ale w końcu przyszłam.
Mój ojciec osunął się na krzesło. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam go jako kogoś małego. Nie potężnego. Nie szanowanego. Tylko starego, brudnego i żałosnego człowieka.