Miałam koc na nogach, herbatę stygnącą na stoliku nocnym i jedno z tych samotnych popołudni, do których wdowy są aż za dobrze przyzwyczajone.
Płakałam nad Jackiem i Rose w „Titanicu”, kiedy zadzwonił telefon.
„Mamo” – powiedział mój syn, Sam, radosnym tonem. „Za dwa dni zabieramy rodzinę na Florydę i chcemy, żebyś z nami była”.
„Na Florydę?” – zapytałam. Kiedy całe życie spędziło się w górach, to słowo brzmi mniej jak cel podróży, a bardziej jak plotka o słońcu i drogich sandałach.
„Wycieczka na plażę” – dodał Sam. „My wszyscy”.