„Ocean?”
Zaśmiał się. „Tak, mamo. Ocean”.
Zaczęłam płakać jeszcze głośniej, co sprawiło, że śmiał się jeszcze głośniej i zapytał, czy wszystko w porządku. Powiedziałam mu, że wszystko w porządku, że jestem wystarczająco dorosła, żeby wiedzieć, że niektóre zaproszenia docierają 35 lat później i nadal wydają się cudem.
Po rozłączeniu się stałam w mojej małej kuchni, uśmiechając się do niczego i jednocześnie płacząc.
„Chcemy, żebyś z nami była”.
Znalazłam ładny kapelusz przeciwsłoneczny na parafialnym bazarze. Z szerokim rondem, zwisający, ze wstążką, która nie miała prawa przetrwać nadmorskiego wiatru, ale kupiłam go, bo go uwielbiałam. Potem sandały na tyle miękkie, że nie bolały mnie stopy, dwie lekkie bluzki z małymi niebieskimi kwiatkami i tanie okulary przeciwsłoneczne, w których wyglądałam jak emerytowana gwiazda filmowa, o ile tylko było się bardzo hojnym.
Tego popołudnia moja sześcioletnia wnuczka, Susie, zadzwoniła do mnie przez wideo.
„Babciu, potrzebujesz wakacyjnych paznokci”.
„Naprawdę?”
„Tak! Jasnoróżowy. Plażowy”.
Pomalowałam paznokcie na jasnoróżowo, bo kiedy sześciolatka mówi z takim przekonaniem, ktoś powinien jej posłuchać. Spędziłyśmy 20 minut, rozmawiając o muszlach i delfinach. Jej starszy brat, Matt, raz pojawił się w kadrze, przewracając oczami jak dziesięciolatek, który już za dużo widział w życiu, ale jego uśmiech zniknął.
Babcie zawsze to zauważają.
„Babciu, potrzebujesz wakacyjnych paznokci”.
„Wszystko w porządku, kochanie?” zapytałam.
Matt skinął głową zbyt szybko i zniknął.
Dwa dni później wjechali na mój podjazd. I odjechałam.