***
Usiadłam na skraju hotelowego łóżka i słuchałam oceanu dochodzącego przez drzwi balkonowe. Szczerze mówiąc, brzmiało to niegrzecznie. Całe to piękno trwało, podczas gdy mój syn i jego żona zamieniali mnie w nieopłacaną nianię z ręcznikami z kurortu.
Pomyślałam wtedy o Jeremy’m, moim mężu, który obiecywał, że kiedyś zabierze mnie nad ocean. Mówił to tak, jakby ta wycieczka już istniała i potrzebowała tylko randki. Życie miało dla niego inne plany, zanim jeszcze do tego doszło.
Znowu spojrzałam na harmonogram i się roześmiałam. Mój syn i jego żona podzielili moje wyczyny na punkty.
Chwyciłam więc telefon i zadzwoniłam do jedynej grupy kobiet, która rozumiała zarówno mój ból serca, jak i potrzebę teatru: Flamingo Six.
To nie jest ich oficjalna nazwa, choć powinna. Tak nazywa się nasza kościelna grupa przyjaciół po niefortunnej zbiórce funduszy z identycznymi daszkami, zbyt dużą ilością sangrii i karaoke’owym wykonaniem utworu „Dancing Queen”, która na zawsze zmieniła krajobraz społeczny naszego hrabstwa.
Życie miało dla niego inne plany, zanim to się stało.
Judy odebrała po drugim dzwonku.
„Carol” – powiedziała, już podejrzliwie. „Czemu brzmisz tak spokojnie?”
Opowiedziałam jej wszystko. Przez trzy sekundy panowała cisza.
„Wyślij mi SMS-a z nazwą hotelu” – powiedziała w końcu.
Wysłałam i potem spałam pięknie.
Punktalnie następnego ranka, punktualnie, rozległo się pukanie do moich drzwi.
Najpierw usłyszałam głos Sama. „Mamo?”
„Carol! Jak śmiesz?” krzyknęła Jennie.
Powoli otworzyłam drzwi.
Punktalnie następnego ranka do moich drzwi zaczęło się walić.
Za Sam i Jennie, rozciągnięte na korytarzu i wlewające się do holu, stało sześć starszych kobiet w identycznych daszkach we flamingi, za dużych okularach przeciwsłonecznych i strojach w tropikalne wzory, na tyle głośnych, że zakłócały pogodę.
Judy miała maszynę do karaoke. Marlene chłodziarkę. Patty jakimś cudem znalazła marakasy przed śniadaniem.
W holu zapadła cisza. Wszyscy wyczuwali jakiś występ.
Judy wskazała na Sam i Jennie. „Która z was zaprosiła tu swoją matkę do nieodpłatnej pracy?”
Gdzieś za recepcją recepcjonistka wydała z siebie dławiący się dźwięk, który udawała kaszel.
„Zaprosiłaś je?” Jennie odwróciła się do mnie.