Zaśmiał się.
„Oczywiście”.
Zerknął na pudełko w moich rękach.
„Mała rada. Nie rób z siebie idiotki. Nikt tu niczego od ciebie nie oczekuje”.
Zostawiłam między nami ciszę na tyle długą, żeby zdał sobie sprawę, że źle ocenił sytuację.
„Więc nikt nie powinien się wstydzić, jeśli zostanę”.
Jego uśmiech zbladł.
Podszedł bliżej.
„Żebyś wiedział, co robisz: Hélène mówiła wszystkim, że ciągle masz problemy. Że nigdy nie znalazłaś swojego miejsca. Że byłaś w Paryżu trochę rozbita”.
No i masz.
Historia.
Niestabilna dziewczyna.
Nieudacznica.
Dziewczyna, która nie potrafiła ustać na własnych nogach.
Moja matka nie tylko mnie wymazała. Wypełniła pustkę wygodną wersją mnie.
„Ciekawe” – powiedziałam.
„Co?”
„Że wciąż o mnie gada”.
Nie wiedział, co powiedzieć.
Zanim dotarłem do głównego stołu, byłem już zdecydowany: cokolwiek się stanie, nie wyjdę z tego pokoju, wciąż niosąc ich wersję siebie.
Wróciłem więc do pudełka. Do nagłego gestu Gérarda.
Do śmiechu mojej matki.
Do ciszy.
Uniosłem wieko.
W środku, na granatowym aksamicie, leżał srebrny klucz.
Cichy szmer przetoczył się przez stoły.
Wziąłem go w palce i uniosłem, tak aby odbijał światło żyrandola.
„To” – powiedziałem – „jest klucz do trzypokojowego mieszkania w Paryżu. W 15. dzielnicy. Budynek z ochroną. Cicho. Jasno”.
W pokoju zapadła taka cisza, że słychać było, jak lód tonie w szklankach.
Potem wyjąłem akt własności.
„A oto akt własności. W pełni opłacony. Bez kredytu. Szacunkowa wartość: około 820 000 euro”.
Twarz mojej matki zbladła.
Gérard cofnął się o krok.
Bastien zaśmiał się zbyt głośno i ostro.