„Miałaś szczęście, mamo. Siedemnaście lat szczęścia. I za każdym razem wybierałaś siebie”.
Potem wyszłam w zimną październikową noc, wciąż ściskając pudełko.
Powietrze szczypało mnie w twarz. Dłonie zaczęły mi drżeć dopiero, gdy dotarliśmy na parking, i to nie ze strachu. To dlatego, że puściłam.
Adrien czekał na mnie w samochodzie.
Zobaczył moją twarz i otworzył ramiona, zanim zdążyłam zamknąć drzwi. Opadłam na niego, granatowe pudełko wcisnęło się między nas, a adrenalina zalała mnie falami.
„Jak się czujesz?” zapytał po chwili.
Zastanowiłam się.
„Wolna”.
Uśmiechnął się do mnie.
„Dobra odpowiedź”.
Mój telefon już dzwonił bez przerwy.
Połączenia.
SMS-y.
Poczta głosowa za pocztą głosową.
Czterdzieści trzy nieodebrane połączenia po powrocie do domu.
Jedenaście od Gérarda.
Siedem od Bastiena.
Reszta to nieznane numery, zapewne goście, świadkowie, obserwatorzy, może jedna lub dwie osoby szczerze zawstydzone, że nic nie powiedziały wcześniej.
Moja mama pisała szybciej niż inni.
Odpowiedz.
Thea, przepraszam.
Źle mnie zrozumiałaś.
Musimy porozmawiać.
Proszę, nie rób tego.
Nie chciałam.
Nie możesz mi tak przerywać.
Adrien patrzył, jak ekran znów wibruje na blacie.
„Odbierzesz?”
„Nie dziś wieczorem”.
Odwróciłam telefon i pozwoliłam mu wibrować na blacie, podczas gdy zamawialiśmy kolację i jedliśmy ją na kanapie, a Paryż lśnił za oknami.
W pewnym momencie Adrien zapytał:
„A teraz?”
Oparłam się o niego.
„Powiedziałam im prawdę”. Co z nią zrobią, to już nie moja sprawa.
Reszta nadchodziła falami przez kolejne dni.
Moja ciocia Claire zadzwoniła pierwsza, jednocześnie zachwycona i wściekła.