Tej nocy zrozumiałam, że wolność nie zawsze na początku kojarzy się z radością.
Czasami przypomina strach z kluczem.
Pracowałam w kawiarni niedaleko uniwersytetu.
Przeżywałam dzięki kawie, resztkom ciast, pięciogodzinnym nocom i niechęci do rezygnowania z czegokolwiek.
Część kosztów pokryło moje stypendium.
Resztę dopełniły pieniądze mojego ojca.
Zarządzałam tym kontem z niemal religijną ostrożnością. Każda wypłata sprawiała, że czułam się, jakbym znów trzymała go za rękę. Nie zamierzałam marnować tego, co kosztowało go chronienie mnie.
Na drugim roku dostałam staż w małej firmie zajmującej się projektowaniem wnętrz w Paryżu.
Pensja ledwo pokryła koszt przejazdu metrem, ale gdybym musiała, poszłabym za darmo, bo w biurze unosił się zapach tlenu. Próbki tkanin. Rozkładane na płasko kompozycje. Modelki. Studia oświetlenia. Klienci opowiadający o tym, jak chcieliby, żeby wyglądało ich pomieszczenie, a nie tylko jak miałoby się prezentować.
Obserwowałam wszystko.
Moja szefowa nazywała się Marianne Lenoir.
Trzy miesiące po tym, jak zaczęłam, przyłapała mnie na poprawianiu tablicy inspiracji, którą zepsuł kolega.
Następnego ranka uniosła ją między dwa palce.
„Poprawiłaś to?”
Przygotowałam się na przeprosiny.
„Tak”.
Długo studiowała pracę.
„Jest dobrze. Następnym razem daj mi znać, zanim poprawisz czyjąś pracę. Ale jest dobrze”.
To był pierwszy profesjonalny komplement, który naprawdę się liczył.
W trzecim roku zaczęła powierzać mi prawdziwe projekty.
Na początku nie te najbardziej efektowne. Wejścia. Łazienki. Małe paryskie apartamenty z niewielkim budżetem i wysokim standardem. Ale lubiłam wyzwania.
Raintes. Uwielbiałam znajdować równowagę między pięknem a funkcjonalnością. Uwielbiałam tworzyć przestrzeń uczciwą.
Zaczęły się polecenia. Jeden klient polecił mnie drugiemu. Proszono mnie o radę w weekendy.
Zgadzałam się na wszystko, zanim jeszcze pomyślałam o całkowitym braku wolnego czasu, jaki to oznaczało.
Zbudowałam portfolio, podczas gdy inni budowali wspomnienia.
Pod koniec studiów kilka firm mnie chciało.
Wybrałam tę, która obiecywała najmniejszy prestiż i najwięcej miejsca do pracy.
To był właściwy wybór.
W wieku dwudziestu trzech lat byłam najmłodszą zastępczynią kierownika projektu przy kilku luksusowych remontach w Paryżu.
W wieku dwudziestu pięciu lat kierowałam przebudową prywatnej rezydencji w 7. dzielnicy dla pary finansistów, którzy później stwierdzili w magazynie, że mam „rzadki talent do tworzenia intymnej atmosfery luksusu, a nie hałasu”.
Wycięłam to zdanie i włożyłam je do tej samej szuflady, co list od ojca.
W wieku dwudziestu siedmiu lat otworzyłam własne studio.
Atelier Théa Mercier.
Mały zespół. Wysokie standardy. Rosnąca reputacja. Potem projekt opublikowany w AD France zmienił wszystko. Telefony się mnożyły. Zaczęli do mnie przychodzić dobrzy klienci.
I przez cały czas utrzymywałam swój sukces w zaskakująco dyskretnej tajemnicy.