„Nigdy nie zgadniesz, kto dzwonił do mnie dziś rano”.
„Kto?”
„Madeleine Roussel. Najwyraźniej twoja matka spędziła pół dnia, tłumacząc, że jesteś „emocjonalnie przesadzona” i że wyrywasz wszystko z kontekstu”.
Wybuchnęłam śmiechem nad kawą.
„Madeleine jej uwierzyła?”
„Madeleine powiedziała mi, że historia Hélène rozpadła się w momencie, gdy troje gości znalazło stronę internetową twojego studia na środku pokoju”.
Tej nocy ruch na stronie Atelier Théa Mercier gwałtownie wzrósł. Do poniedziałku mieliśmy już trzy nowe, poważne zapytania. Dwóch klientów przyznało nawet szczerze, że słyszeli o „niesamowitym incydencie z okazji rocznicy ślubu” i doszli do wniosku, że kobieta, która potrafi stanąć dumnie w takim pokoju, poradzi sobie ze skomplikowanym placem budowy.
To rozbawiło mnie bardziej, niż się spodziewałam.
Firma Gérarda natomiast odnotowała upadek.
Ważny kontrakt nagle wymagał dodatkowych gwarancji. Nic nie runęło nagle, ale wystarczająco dużo drzwi otworzyło się i zamknęło, żeby zrozumiał, co to znaczy wstyd, gdy w końcu dosięgnie właściwych ludzi.
Bastien najwyraźniej musiał w końcu przyjąć prawdziwą posadę w firmie, w której samo jego nazwisko nie wystarczyło.
Nie świętowałem tego.
Zemsta to nie uczta. To korekta. Czasem konieczna. Czasem ulga. Ale rzadko radosna. Byłem po prostu zmęczony. Lżejszy, owszem. Ale byłem zmęczony, jak po bitwie wygranej zbyt późno, by czerpać z niej radość.
Dwa tygodnie później odpisałem mamie tylko raz.
Nie dlatego, że na to zasługiwała.
Bo chciałem wiedzieć, czy jest jeszcze okno, przez które może wejść szczerość.
„Thea” – powiedziała, gdy tylko odebrałem. „Dziękuję, że odebrałeś”.