Nie odpowiedziała ani słowem. Zrobiła krok naprzód i uderzyła mnie. Dźwięk był suchy, na tyle głośny, że echo rozniosło się po całym pokoju. Straciłam równowagę, uderzyłam o drewnianą komodę i poczułam, jak okulary roztrzaskują mi się o twarz. Poczułam szybko gorący smak krwi, spływający po moich ustach i plamiący jasną bluzkę, którą starannie wybrałam tego ranka. Były moje siedemdziesiąte urodziny i nikt się nie ruszył. Ani rodzice jej męża, ani jej elegancko ubrani przyjaciele, ani wspólnicy, którzy jeszcze przed chwilą głośno się śmiali. Wszyscy po prostu patrzyli, jakbym przestała być człowiekiem, a stała się jedynie sceną.
Nazywam się Meire Andrade, ale przez dekady na rynku wydawniczym w São Paulo nazywano mnie Doną Meire. Czterdzieści lat temu zaczynałam od małej drukarni niedaleko Rua Augusta. Nie miałam pieniędzy, wpływowego nazwiska, nikogo, kto by mi otworzył drzwi. Miałam tylko wytrwałość i potrzebę.