Firma mojej babci. Miliard pięćset milionów pesos meksykańskich w kontraktach na tekstylia, patentach i gruntach przemysłowych w Monterrey i Guadalajarze. Firma, którą zbudowała po przekroczeniu granicy, uciekając przed przemocą w Ameryce Środkowej, mając jedynie zardzewiałą maszynę do szycia i niezłomną wolę.
Firma, o której nigdy nie wspomniałem Alejandrowi.
Powoli podniosłem wzrok. „Skąd o tym wiedziałeś?”
Alejandro uśmiechnął się, ale kącik jego ust drgnął. „Małżeństwo to kwestia przejrzystości”.
Jej ojciec, Roberto, roześmiał się. „Nie dramatyzuj. Alejandro ma długi. Mamy plany ekspansji w Querétaro. Teraz jesteś częścią tej rodziny”.
Patricia dotknęła mojej dłoni, jej zimne palce spoczęły na moich kostkach. „I szczerze mówiąc, kochanie, nie wyglądasz na kogoś, kto potrafi zarządzać firmą. Niech mężczyźni się tym zajmą”.
I tak to się stało.