Słowo to odbiło się echem w mojej głowie, pierwotne, gwałtowne odrzucenie rzeczywistości.
Przycisnąłem dwa drżące palce mocno do zimnej skóry jej szyi, rozpaczliwie szukając tętnicy szyjnej. Wstrzymałem oddech, zamknąłem oczy i modliłem się do każdego boga, który by mnie wysłuchał.
Sekunda. Dwie sekundy. Trzy.
A potem to poczułem.
Było słabe. Niemożliwie powolne, trzepotało pod moimi palcami jak umierająca ćma. Ale było. Uparte, nieustępliwe, cudowne pulsowanie życia, odmawiające poddania się ciemności.
Wciąż żyła.
Nie krzyczałem o pomoc. Nie załamałem się histerycznie, płacząc, na co Marcus i Sylvia niewątpliwie liczyli.
Bolesny, paraliżujący żal matki wyparował natychmiast, spalony zimnym, jaskrawym i absolutnie nieugiętym ogniem. Krucha, emerytowana wdowa, do której, jak im się zdawało, zadzwonili, zniknęła w kwietniowej mgle.
Na jej miejscu obudził się drapieżnik.
Wyciągnąłem komórkę z kieszeni. Wykręciłem numer 911. Mój głos nie drżał. Był pozbawiony choćby jednej łzy, brzmiał jedynie mrożącym krew w żyłach, klinicznym echem podpisanego wyroku śmierci.
„To nagły przypadek” – powiedziałem jasno dyspozytorowi. „Jestem na głównym dworcu Greyhound. Mam ofiarę płci żeńskiej w stanie krytycznym, z rozległym urazem tępym i krwawieniem wewnętrznym. Potrzebuję natychmiastowej karetki z zaawansowanym systemem podtrzymywania życia”.
Zatrzymałem się, wpatrując się w ciemną drogę prowadzącą z powrotem do zamożnych przedmieść.
„I” – dodałem, zniżając głos do tonu absolutnego, przerażającego autorytetu – „wyślij mi radiowóz. Muszę zgłosić usiłowanie zabójstwa”.
3. Plan Rzeźnika