Wróciłam do mojego cichego, pustego domu na przedmieściach. Weszłam do sypialni i otworzyłam ciężkie dębowe drzwi szafy. Ominęłam wygodne swetry i miękkie, pastelowe sukienki emerytowanej wdowy.
Wyciągnęłam elegancki, nienagannie skrojony, grafitowy garnitur. Założyłam go. Czułam się, jakbym zakładała zbroję.
Podeszłam do dolnej szuflady komody i wyjęłam małe, zniszczone aksamitne pudełko.
Otworzyłam je. Na ciemnej tkaninie bezgłośnie spoczywała ciężka, brązowa odznaka. Polerowany metal odbijał światło, oświetlając głęboko wygrawerowany napis: PROKURATOR FEDERALNY STANÓW ZJEDNOCZONYCH.
Przypiąłem znaczek solidnie do klapy marynarki.
Marcus i Sylvia myśleli, że wyrzucili zepsutą zabawkę. Myśleli, że wezwali słabą, żałosną staruszkę, żeby posprzątała bałagan.
Nie wiedzieli, że właśnie wezwali Rzeźnika Sądu Federalnego.
Czas iść na imprezę.
4. Impreza się rozkręciła
Atmosfera panująca w wystawnej, rozległej, wartej wiele milionów dolarów rezydencji Marcusa była mistrzowską klasą powierzchownej, aroganckiej perfekcji.
Z zintegrowanego systemu nagłośnieniowego dobiegała łagodna, elegancka muzyka jazzowa, mieszająca się z zapachem wiosennych lilii i drogiej pieczonej szynki glazurowanej miodem. Jadalnia była skąpana w ciepłym, kojącym blasku dziesiątek migoczących świec, odbijających się od kryształowych kieliszków do wina.
z głębokim, krwistoczerwonym Bordeaux.
Na czele masywnego mahoniowego stołu siedział Arthur Vance, w każdym calu wyglądający na potężnego, nietykalnego giganta korporacji. Obok niego siedziała jego córka, Victoria, ociekająca diamentami, z dłonią spoczywającą na ramieniu Marcusa.
Sylvia, odgrywająca rolę idealnej gospodyni z wyższych sfer, promieniała dumą, zupełnie nie przejęta faktem, że zaledwie kilka godzin temu brutalnie pobiła synową kijem golfowym.
Marcus wstał, wygładzając przód swojej skrojonej marynarki. Sięgnął po kryształowy kieliszek do szampana i lekko postukał srebrną łyżeczką o jego brzeg.
Brzdęk, brzdęk, brzdęk.