W kłamstwie.
Bo po raz pierwszy patrzyła na niego bez filtra strachu. Widziała mężczyznę, który uderzył ją na oczach matki, na oczach macochy, na oczach samego wspomnienia o ojcu… i który wciąż twierdził, że wszystko można wytłumaczyć stresem i rozlaną szklanką wody.
„Uderzyłeś mnie już wcześniej” – powiedziała cicho.
Richard pozostał nieruchomy.
Lucie też się nie poruszyła.
Nikt w pokoju nie oddychał normalnie.
Camille kontynuowała.
„Pierwszy raz było sześć miesięcy po ślubie. W samochodzie. Bo nie odpowiedziałam na wiadomość, kiedy byłam w laboratorium. Powiedziałaś mi, że po prostu za mocno ścisnęłaś moje ramię. Że to się nie liczy”.
Pani Delorme zamknęła oczy.
Richard powiedział:
„Camille…”
Ale ona już go nie słuchała.
„Potem było w Biarritz, w hotelowej łazience, bo przywitałam się z byłą koleżanką z klasy trochę za ciepło. Potem w grudniu, kiedy nigdzie nie było rachunku. Potem, kiedy powiedziałam ci, że nie chcę sprzedawać akcji taty. Potem, kiedy poprosiłam cię, żebyś poprosiła matkę o zwrot zapasowego kompletu kluczy”.
Każde zdanie wypowiadałam dziwnie spokojnym głosem.
Czasami najgłębszy ból wyraża się w ten sposób: bez histerii, bez krzyku, jak podsumowanie.
„I to zawsze była moja wina” – kontynuowała. „Bo byłaś zmęczona. Bo cię sprowokowałam. Bo odpowiedziałam niegrzecznie. Bo byłam chłodna. Bo byłam arogancka. Bo według twojej matki trzeba było złamać dumę żony, zanim zrujnowała sobie małżeństwo”.
Richard spojrzał na nią, jakby nie poznawał już kobiety stojącej przed nim.
Rozpoznałam ją.