„Nikt tu nie wchodzi bez mojego pozwolenia”. „To dziwne” – powiedziałam – „bo moja córka też nie dała ci pozwolenia, żebyś ją uderzył”.
Zrobił krok w stronę wejścia, ale było już za późno. Bramka bezpieczeństwa właśnie została otwarta w recepcji rezydencji; znałam dozorcę od lat.
Najpierw weszło dwóch policjantów po cywilnemu. Za nimi szła kobieta w ciemnym płaszczu, z włosami związanymi z tyłu i twarzą pozbawioną wyrazu. Rozpoznałam ją od razu.
L
Lucie Morel.
Dwanaście lat wcześniej była stażystką w moim biurze. Genialna, surowa, nieprzekupna. Teraz kierowała wydziałem specjalizującym się w przemocy domowej w komisariacie policji w regionie.
Jej wzrok ogarnął całą scenę w niecałe dwie sekundy.
Rozcięta warga Camille.
Czerwony ślad na jej policzku.
Rozlany kieliszek.
Mimika Richarda.
Zadowolone dłonie Madame Delorme, wciąż złożone jedna na drugiej na jej kolanach.
„Dobry wieczór” – powiedziała Lucie lodowatym, spokojnym głosem. „Kim jest Camille Laurent?”
Moja córka potrzebowała chwili, żeby odpowiedzieć.
„Ja” – wyszeptała.
Lucie skinęła głową.
„Komandorze Lucie Morel. Reagujemy na przypadek przemocy domowej. Natychmiast zabierzemy pana w bezpieczne miejsce i złożymy zeznania”. „
Richard parsknął niedowierzającym śmiechem.
„To absurd. Moja teściowa rozdmuchała kłótnię domową do niebotycznych rozmiarów. Moja żona jest po prostu przewrażliwiona”.
Lucie spojrzała na niego.
„Uderzyłeś ją trzy razy?”
Otworzył usta.
Zamknął je.
Potem otworzył je ponownie.
„Ja…”
„Popchnąłeś ją?”
„To nie takie proste”.
„Złapałeś ją za ramię, kiedy próbowała odejść?”