Pierwszy raz, kiedy zginałam metal własnymi rękami, spocona, śmiejąc się wbrew sobie, spojrzał na mnie, jakbym była cudem.
„Jesteś silniejsza, niż myślisz” – powiedział.
Nikt nigdy mi tego nie powiedział.
Ani razu.
Do czerwca granica między układem a uczuciem się zatarła.
Pewnego wieczoru w bibliotece, po tym, jak skończył czytać Keatsa, zapytałam go, co najpiękniejszego kiedykolwiek widział.
„Ciebie” – powiedział. „Wczoraj w kuźni. Śmiejącego się”.
Poczułam, jak coś lekkomyślnego przeze mnie przechodzi.
„Chyba się w tobie zakochuję” – wyszeptałam.
Zamarł.
„Nie możemy” – powiedział.