Wyciągnęła jednorożca.
Był krzywy. Jedno ucho było większe od drugiego. Róg przechylił się w lewo. Fioletowa włóczka tworzyła dziką grzywę na jego szyi.
Był idealny.
„Starałam się zrobić tak, jak powiedział” – wyszeptała Sarah. „Powiedział mi, że nigdy nie wyrzuca się brzydkich rzeczy, jeśli ktoś zrobił je z miłością”.
Wybuchnęłam ostrym, płaczliwym śmiechem.
„Brzmi jak mój chłopak”.
„To nie tylko jego zasługa” – powiedziała. „Część też zrobiłam”.
Przycisnęłam jednorożca do piersi.
„Więc to zasługa was obojga”.
Po pokazie dziadek Joe próbował szybko wyjść, naciągając czapkę na czoło.
Zatrzymałem go w drzwiach.
„Przyjdź na obiad w niedzielę”.
Mrugnął. „Haley, to miłe, ale nie chcemy przeszkadzać”.
„Nie będziesz”.
Sarah podniosła wzrok. „Jak prawdziwy obiad?”
„Prawdziwe talerze” – powiedziałem. „Za dużo jedzenia. Pewnie suche bułki”.
Dziadek Joe potarł czapkę dłońmi. „Sarah nie nawiązuje łatwo przyjaźni”.
„Randy też nie” – powiedziałem. „Po cichu zbierał ludzi”.
Tej niedzieli nakryłam trzy nakrycia na kuchennym stole.