„Zapewniam cię, Claire, że nie…”
Nie mogę. Jestem śmiertelnie zmęczona. Dobranoc.
Potem zgasił lampę.
Tak po prostu.
Bez żadnych dalszych wyjaśnień.
Siedziałam nieruchomo na skraju łóżka, śmieszna w mojej na wpół rozwiązanej sukience, z włosami wciąż idealnie ułożonymi w kok, a moja dusza już zaczynała pękać.
Czekałam.
Myślałam, że wstanie.
Że do mnie przyjdzie.
Że przeprosi, weźmie mnie w ramiona, wytłumaczy, że jest zdenerwowany, niezdarny, zdenerwowany.
Ale słyszałam tylko jego miarowy oddech w kącie pokoju.
Więc płakałam cicho.
Gryzłam poduszkę, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku.
Nie wiem, ile czasu minęło, zanim w końcu zasnęłam.
Może kilka minut.
Zaledwie godzinę.
Potem obudził mnie ostry hałas.
Usiadłam.
Pokój tonął w błękitnym mroku.
Leżanka była pusta.
W żołądku poczułam zimny ucisk.
Stałam boso i ostrożnie otworzyłam drzwi.
Korytarz posiadłości był prawie czarny, oświetlony jedynie kinkietem na końcu skrzydła.
Wtedy je usłyszałam.