Kobieta, która trzymała mój welon kilka godzin wcześniej.
„Od kiedy?” – zapytałam.
Étienne otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Marion zaczęła płakać.
„Ja… Nie chciałam, żeby to się stało…”
Wyrwał mi się suchy śmiech.
„Nie chciałeś tego, ale chciałeś. W noc mojego ślubu”. W pokoju mojej macochy. Po tym, jak nazwał mnie swoją siostrą.
Étienne w końcu spróbował przemówić, z tą niezdarną tchórzostwem mężczyzn, którzy odkrywają prawdę tylko wtedy, gdy nie służy ona już żadnemu celowi.
„Jestem zgubiony, Claire”.
Spojrzałam na niego.
„Nie. Godzinę temu ja byłam zgubiona. Jesteś zdrajczynią”.
Potem spojrzałam na Marion.
„A ty, ty już nic dla mnie nie znaczysz. Nigdy więcej”.
Płakała, zakrywając twarz dłońmi.
Nie wzruszyłam się.
Mój ból był zbyt przytłaczający, by zostawić miejsce na jej poczucie winy.
Wróciłam do apartamentu dla nowożeńców, wzięłam walizkę, zdjęłam welon, wsunęłam suknię do środka najlepiej, jak potrafiłam, i zeszłam na dół, nie oglądając się za siebie.
Posiadłość wciąż spała.
Białe kwiaty z ceremonii wisiały ponuro pod zgaszonymi lampionami.
Stoły nosiły ślady szampana, śmiechu i obietnic.
Przeszłam przez dziedziniec boso, z rozmazanym makijażem i zdruzgotaną godnością.
Ale żywa.
Kiedy wzeszło słońce, wróciłam.
Nie po to, by wybaczyć.