Jego głęboki głos.
Wymawiał jej imię.
Marion.
Nie krzyczałam.
Nie biegłam.
Nie upadłam.
Po prostu oparłam się o ścianę i poczułam, jak coś we mnie umiera z przerażającą wyrazistością.
Potem czekałam.
Nie wiem, skąd wzięła się ta siła.
Może z upokorzenia.
Może z gniewu.
Może z tej godności, która budzi się czasem w chwili, gdy miłość się rozpada.
Stałam przed drzwiami, nieruchoma, zimna, wyprostowana, niczym posąg z ruin.
Po długich minutach klamka się przekręciła.