Ciche jęki.
Stłumione.
Pospieszne.
Z początku mój umysł odmawiał pojmowania.
Myślałam o zapomnianym telewizorze, o kilku gościach, o każdym absurdzie, który mógłby opóźnić prawdę o kilka sekund.
Ale w tych dźwiękach było coś, co moje ciało zrozumiało przede mną.
Powoli szłam naprzód, każdy krok odrywał ode mnie cząstkę mojej iluzji.
Pokój na tyłach należał do mojej macochy, która pod koniec kolacji stwierdziła, że źle się czuje i wraca do Aix po lekarstwa.
Pokój musiał być pusty.
Stamtąd dochodziły jęki.
Podeszłam do drzwi, a serce waliło mi tak mocno, że bałam się, że je usłyszą.
Przyłożyłam ucho do drewna.
I usłyszałam.
Marion.
Nie dało się tego pomylić.
Słyszałam ten głos od lat, w nocnych zwierzeniach, w napadach śmiechu po przedawkowaniu wina, w nastoletnich złamanych sercach, w obietnicach wiecznej przyjaźni.
Zamarłam.
Jakby krew mi spłynęła.
Wtedy usłyszałam Étienne’a.