Minęło 8 miesięcy od narodzin Eleanor. Uczy się siadać. Ma zdecydowane poglądy na temat bananów i głębokie przywiązanie do pluszowego misia nazwanego na jej własne, pozornie nieważne, postanowienie. Chodzę do biura Miller Manor dwa razy w tygodniu. Remontujemy budynek Riverside, wymieniamy okna, modernizujemy mieszkania, to rodzaj pracy, która kosztuje pieniądze w krótkim okresie i trwa 30 lat.
Mój dziadek by się na to zgodził. Moja matka stworzyłaby ogromny arkusz kalkulacyjny i kłóciłaby się o każdą pozycję, a potem i tak by to zatwierdziła. Tęsknię za nimi obojgiem nieustannie. Harrison jest gdzieś w Los Angeles. Nie śledzę go. Nie muszę. Ostatnio słyszałem, że po cichu doradzał, jak zawsze wolał, średniej wielkości firmie, która nie znała jego historii albo znała ją i nie dbała o nią. Tak się zdarza.
Świat jest wielki, a bogaci ludzie często trafiają na łagodniejsze lądowania, niż na to zasługują. Ale Miller Manor Group należy do mnie. Elellanor należy do mnie. Moje imię, całe imię, każda sylaba, jaką dała mi moja rodzina, należy do mnie. Stracił wszystko, co mi ukradł. W końcu nie potrafił ukryć strachu na twarzy.
A ja wyszłam z tej sali sądowej w ósmym miesiącu ciąży, z perłowymi kolczykami, rozciętą wargą, z ręką na brzuchu. Wyszedłem jak ktoś, kto zawsze wiedział, kim ona jest. On po prostu nie zwracał na nią uwagi.