Głos Richarda był całkowicie pozbawiony swojego zwykłego donośnego autorytetu; brzmiał szaro, zwiędło. „Eleanor, zamknij się!” odkrzyknął, a w jego głosie wyraźnie słychać było panikę. „Spójrz na pieczęć! Fundusz powierniczy… wszystko jest na jej nazwisko. Dziadek zupełnie nas ominął. Akt własności jest zarejestrowany na jej spółkę LLC. Daje nam trzydzieści dni na opuszczenie lokalu”.
„Trzydzieści dni?!” Eleanor lamentowała, oddychając z trudem.
Dziesięć minut później do rozmowy włączył się trzeci rozmówca. To była Grace, która hiperwentylowała.
„Mamo! Tato!” Grace szlochała rozpaczliwie. „Moja karta debetowa właśnie została odrzucona w Starbucksie. Dzwoniłam do banku, a oni powiedzieli, że moje konta są zamrożone! Administrator funduszu wysłał e-mail z informacją, że moje „stypendium” zostało anulowane, a moje poprzednie salda są traktowane jako zaległe pożyczki! Co się dzieje?!”
Kiedy w końcu zdali sobie sprawę, że w milczeniu słucham rozmowy, chaos w uszach sięgnął zenitu. Wszyscy szlochali, domagając się odpowiedzi, rzucając przekleństwa i prośby jednym tchem. Żądali, żebym natychmiast przyszła. Grozili pozwem. Grozili, że mnie wydziedziczą.
Pozwoliłam im wypalić tlen przez pełne trzy minuty. Potem przemówiłam. Mój głos nie był już tym wyczerpanym, ustępliwym tonem, do którego byli przyzwyczajeni. Był jak czarny lód.
„Powiedziałaś Mai, że nie ma dla niej miejsca” – powiedziałam cicho, a sama cisza w moim głosie natychmiast uciszyła ich histerię. „Dlatego zadbałam o to, żeby nie było miejsca dla żadnego z was. Sprzedaję dom komercyjnemu deweloperowi, żeby sfinansować fundusz powierniczy na studia Mai. Nieruchomość trafia dziś na rynek. Przeprowadzkarz przyjedzie pierwszego dnia przyszłego miesiąca, żeby spakować wszystko, co zmieści się w ciężarówce. Miłego poranka”.