Podczas krótkiej, trzyminutowej przerwy zdjęłam lateksowe rękawiczki, umyłam ręce, aż skóra zrobiła się podrażniona, i sprawdziłam telefon. Rodzinny czat grupowy był cyfrowym muzeum performatywnej perfekcji. Moja mama, Eleanor, szybko przesyłała zdjęcia stołu jadalnego nakrytego dla dwunastu osób. To było arcydzieło estetyki z lśniącymi kryształowymi kielichami, strzelistymi kompozycjami z białych lilii i ogromną, miodowo glazurowaną szynką w centrum uwagi. Moja młodsza siostra, Grace – niekwestionowane, wiecznie bezrobotne „złote dziecko” rodziny – pozowała na czele stołu. Dwoje dzieci Grace, ubrane w identyczne, szyte na miarę lniane stroje, stało na środku, uśmiechając się do obiektywu niczym mali królewscy bohaterowie.