Trzy elipsy tańczyły przez chwilę na ekranie, zanim pojawiła się odpowiedź Grace, dosadna i całkowicie lekceważąca: Jest tutaj. Za dużo hałasu dzisiaj, Sarah. Jesteśmy zajęci. Oddzwonię jutro.
Wpatrywałam się w świecący ekran, a węzeł w moim żołądku zacisnął się w twardy, gęsty kamień. Rozległ się ryk interkomu, wzywając mnie do nadjeżdżających karetek. Wcisnęłam telefon z powrotem do kieszeni fartucha, tłumiąc strach w mrocznej piwnicy mojego umysłu. Spędziłam kolejne cztery godziny nastawiając kości i podając kroplówki, próbując przekonać samą siebie, że jestem po prostu paranoiczną matką. Powtarzałam sobie, że moja rodzina ją kocha. Powtarzałam sobie, że poświęcenia, które dla nich poniosłam, spłynęły na nią.
Gdy moja zmiana w końcu dobiegała końca o 23:00, podjechałam swoim sfatygowanym sedanem pod mój skromny apartamentowiec. Przez lodowatą mżawkę wiosennej nocy w Chicago dostrzegłam małą, drżącą sylwetkę. Zaparkowałam samochód i pobiegłam przez deszcz. Znalazłam Mayę siedzącą samotnie na naszym betonowym ganku w całkowitej ciemności. Nadal miała na sobie ręcznie robioną sukienkę wielkanocną, teraz poplamioną błotem u dołu. Jej mała, walizka na kółkach była ciasno wciśnięta pod pachę, a oczy miała opuchnięte i zaczerwienione od wielogodzinnego płaczu.