W domu panowała dziwna cisza.
Żadnego śmiechu.
Żadnej muzyki.
Żadnych dziecięcych kroków na patio.
Nawet zwykłych odgłosów ogrodnika czy gospodyni.
Wysiadłam z samochodu z prezentami w rękach.
Wtedy usłyszałam krzyki dochodzące z tyłu posesji.
„Już ci mówiłam, żebyś pozbierała te wszystkie śmieci! A ta druga kobieta, skończyła pranie, czy zamierza odpocząć bez pozwolenia?”
Zamarłam.
Od razu rozpoznałam ten głos.
Pani Solange.
Krew mi zmroziła krew w żyłach.
Szybko przeszłam przez kamienną ścieżkę biegnącą wzdłuż domu. Im bliżej byłam ogrodu, tym głośniej słyszałam szloch dziecka.
Potem otworzyłam małą, kutą furtkę.
I zobaczyłam.