Pośrodku ogrodu Louis, mój syn, niósł na plecach ogromny czarny worek na śmieci. Był pochylony, z czerwonymi policzkami i rękami ubrudzonymi ziemią. Zbierał opadłe liście, opakowania, puste butelki, papiery, a nawet psie odchody Camille.
Miał na sobie starą, za dużą, poplamioną koszulkę, która nie była jego.
Zdawało się, że jego ramiona dźwigają ciężar o wiele za ciężki dla dziewięciolatka.
Kilka metrów od niego, w pobliżu pralni na zewnątrz, Élise stała na małym stołku. Szorowała ubrania w misce z mydłem.
Jej małe rączki drżały.
Jej sukienka była przemoczona.
Włosy przykleiły się do twarzy.
Jej dłonie były czerwone, podrażnione, prawie spuchnięte.
A pod pergolą Camille siedziała w rattanowym fotelu, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, ze szklanką świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego w dłoni, patrząc na moje dzieci jak na służące.
Przez kilka sekund mój mózg nie mógł tego pojąć.
To było niemożliwe.
Nie w moim domu.
Nie moje dzieci.