Pobiegli w stronę swoich SUV-ów. Uciekali do swojej chaty w górach. Wiedziałem, że tak będzie.
Wycofałem się z synem do lasu, do pobliskiego bezpiecznego domu, żeby oddać Leo Eleanor. Miałem jeszcze jeden ostatni przystanek.
—————-
Dotarłem do chaty w górach o północy. Śnieg padał ciężko i bezgłośnie. Przeciąłem przewód paliwowy do ich generatora i wlałem cukier do baku. Powoli gasiło zasilanie, migocząc jak bicie umierającego serca.
Patrzyłem przez okno. Victor, Felix, Grant, Ian, Kyle. Byli przerażeni.
Wyważyłem tylne drzwi i rzuciłem granat hukowy. BUM.
Wszedłem do pokoju, gdy krzyczeli oślepieni. Trzymałem młot.
„Cześć, chłopaki” – powiedziałem. „Kto chce być numerem trzy?”
Felix zamachnął się pistoletem na oślep. Uderzyłem go w nadgarstek młotkiem. Zawył. Kyle próbował uciec; ogłuszyłem go rękojeścią.
Victor siedział na krześle, wymierzając we mnie drżącymi rękami pistolet. Strzelił. Chybił. Generator na zewnątrz zgasł, pogrążając chatę w ciemności.
„Myślisz, że możesz mnie wymazać?” – warknął Victor. „Zbudowałem to miasto!”
„Mury padają szybciej, gdy w środku zaczyna się pożar” – powiedziałem.
Wytrąciłem mu pistolet z ręki i zmiażdżyłem nadgarstek. Upadł na podłogę, szlochając.
„Trzydzieści jeden trafień” – powiedziałem. „Pamiętasz ten numer?”
„Zdradziła mnie!”
„Licz” – rozkazałem.
Uderzyłem młotkiem w podłogę tuż obok jego głowy. TRZASK.
„Jeden”.
Uderzyłem w nogę krzesła. TRZASK.
„Dwa”.
Nie trafiłem go. Niszczyłem świat wokół niego, centymetr po centymetrze, tylko po to, by pozwolił mu poczuć bezsilność.
W końcu Grant i Ian wrócili z zewnątrz. Zobaczyli mnie stojącego nad ich zrozpaczonym ojcem. Zobaczyli powiadomienia FBI zalewające telefon Dominica, który rzuciłem na podłogę.
„Koniec” – powiedziałem. „Pieniądze przepadły. Dowody są publiczne. Nie masz nic”.
Wyszedłem na śnieg, gdy policyjne światła pojawiły się na szczycie wzgórza. Nie uciekłem. Po prostu odszedłem, zostawiając ich policji.
———–