Zawahał się, instynkt łobuza rozpoznał drapieżnika, po czym cofnął się. Przepchnęłam się obok nich i otworzyłam drzwi.
Dźwięk respiratora był jedynym dźwiękiem w pokoju. Szus. Klik. Szus.
Podeszłam do łóżka, a kolana o mało się pode mną nie ugięły. Gdyby imię na karcie nie brzmiało Tessa, nie poznałabym, że to ona. Jej twarz była dwukrotnie opuchnięta. Szczęka zaciśnięta drutem. Jedno oko było całkowicie zasklepione, przypominało wypukłą, purpurowo-czarną masę. Jej piękne blond włosy zostały ogolone z lewej strony, żeby zrobić miejsce na szwy, które biegły przez jej skórę głowy niczym tory kolejowe.
Wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć jej dłoni, ale była w gipsie. Dotknęłam zamiast tego jej ramienia – jedynego miejsca, które nie wyglądało na złamane.
„Tessa” – wyszeptałam. „Jestem tutaj. Jestem w domu”.
Nie poruszyła się. Maszyna po prostu oddychała za nią.
Drzwi za mną się otworzyły. To był detektyw Miller. Wyglądał na zakłopotanego, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
„Panie Hunter” – powiedział Miller. „Przepraszam”.
„Kto to zrobił?” – zapytałem, nie odwracając się. Mój wzrok był utkwiony w poranionej twarzy Tessy.
„Uważamy, że to było włamanie do domu” – powiedział Miller. „Nieudany napad. Zdarza się. Pewnie spanikowali, kiedy zeszła na dół, pobili ją, zabrali trochę biżuterii i uciekli”.
Powoli się odwróciłem. Spojrzałem na detektywa. Potem spojrzałem za niego, przez szybę pokoju, na Victora i jego siedmiu synów. Rozmawiali ze sobą, śmiejąc się. Mason, najmłodszy, pokazywał coś Kyle’owi na telefonie.
„Napad” – powtórzyłem.
„Tak, proszę pana. Znaleźliśmy ślady włamania przy tylnych drzwiach”.
Spojrzałem na Tessę. Delikatnie uniosłem jej rękę, tę, która nie była w gipsie. Spojrzałem na jej paznokcie. Były czyste.
„Detektywie” – powiedziałem niebezpiecznie spokojnym głosem. „Moja żona jest zawodniczką. Uczęszcza na zajęcia kickboxingu trzy razy w tygodniu. Gdyby ktoś obcy włamał się do naszego domu i ją zaatakował, wydrapałaby mu oczy. Miałaby skórę pod paznokciami. Miałaby rany obronne na przedramionach”. Wskazałem na jej gładkie ramiona. „Nie stawiała oporu. Co oznacza, że znała tę osobę. Pozwoliła im się zbliżyć. Albo została przytrzymana”.
Wzrok detektywa powędrował w stronę okna, w stronę Victora. To był mikroekspresja, ułamek sekundy strachu. Wychwyciłem to.
„Badamy wszystkie tropy” – powiedział Miller, pocąc się. „Ale ojciec, pan Victor… był bardzo pomocny. Wynajął teraz prywatną ekipę ochroniarską, żeby pilnowała domu”.
„Założę się, że tak” – powiedziałem.
Wyszedłem z pokoju. Siedmiu braci przestało rozmawiać, gdy podszedłem. Victor spojrzał na mnie zimnym, martwym wzrokiem.
„Tragedia” – powiedział Victor beznamiętnie. „Ale my się nią zajmiemy. Hunter, spełniłeś swój obowiązek. Możesz wracać do swojej bazy. Mamy najlepszych lekarzy, jakich można kupić za pieniądze”.
„Nigdzie się nie wybieram” – powiedziałem.
„To moja córka!” – warknął Victor, podnosząc głos. „A ty jesteś tylko mężem, którego nigdy nie ma. Nie byłeś tam, żeby ją chronić. Ja się tym zajmuję”.
Podszedłem do niego. Byłem od niego o osiem centymetrów wyższy i miałem o dwadzieścia kilogramów więcej mięśni niż jego ochroniarze.
„W tym problem, Victorze” – wyszeptałem tak, żeby tylko on mógł go usłyszeć. „Zbyt dobrze sobie z tym radzisz. Nie wyglądasz na smutnego. Wyglądasz na zakłopotanego”.
Oko Victora drgnęło. Spojrzałem na braci. Siedmiu silnych, sprawnych mężczyzn, a jednak żaden z nich nie miał ani jednego zadrapania. Ale zauważyłem coś jeszcze. Masona. Nie patrzył na mnie. Patrzył w podłogę. Jego ręce drżały. Trzymał kubek kawy, a płyn w środku falował.
„Napad” – powiedziałem wystarczająco głośno, żeby wszyscy usłyszeli. „Tak właśnie jest. Jakiś ćpun włamał się i ją uderzył. Ile razy?”
Spojrzałem na kartę medyczną, którą zwinąłem z końca łóżka.
„Trzydzieści jeden razy” – przeczytałem na głos. „Trzydzieści jeden uderzeń tępym narzędziem. Prawdopodobnie młotkiem”. Spojrzałem na Granta, potem na Iana, a potem na Dominica. „Złodziej uderza raz, żeby cię powalić. Dwa razy, żeby cię przycisnąć. Trzydzieści jeden razy…” Pokręciłem głową. „Trzydzieści jeden razy to sprawa osobista. Trzydzieści jeden razy to nienawiść”.
„Uważaj, co mówisz” – ostrzegł Dominic, ponownie robiąc krok naprzód.