Czułam jakiś zapach. To nie była kolacja. To nie były jej perfumy. To był ostry, chemiczny, piekący zapach wybielacza. A pod wybielaczem było coś jeszcze. Miedź. Metaliczny. Zapach starych monet.
Znam ten zapach. Każdy operator zna ten zapach. To zapach przemocy.
Przemierzałem dom, instynktownie sprzątając pokoje. Salon: pusty. Kuchnia: czysta. Ale jadalnia… dywan zniknął. Drewniana podłoga była mokra. Ktoś ją wyszorował, ale w świetle księżyca sączącym się przez okno widziałem ciemne plamy, których wybielacz nie do końca usunął.
Mój telefon zawibrował w kieszeni, przerywając ciszę. To był numer, którego nie znałem.
„Czy to Hunter?” zapytał głos. Głęboki, profesjonalny i zmęczony.
„Mówię.”
„Tu detektyw Miller. Musi pan jechać do Centrum Medycznego St. Jude. Natychmiast.”
—————-
Droga do szpitala rozmywa się w mojej pamięci. Nie pamiętam sygnalizacji świetlnej. Nie pamiętam parkingu. Pamiętam tylko zimne powietrze uderzające mnie w twarz, gdy pędziłem do drzwi izby przyjęć. Bez tchu pokazałem legitymację wojskową na dyżurce.
„Tessa Hunter. Moja żona. Gdzie ona jest?”
Pielęgniarka spojrzała na mnie z politowaniem. To było drugie ostrzeżenie. Kiedy pielęgniarki patrzą na ciebie z politowaniem, to znaczy, że nie ma dobrych wiadomości.
„Jest na OIOM-ie, proszę pana. Sala 404. Ale powinien pan wiedzieć… rodzina już tam jest”.
Rodzina.
Ścisnął mi się żołądek. Rodzina Tessy nie była taka jak moja. Dorastałem bez niczego, walcząc o każdy posiłek. Tessa dorastała w twierdzy. Jej ojciec, Victor Wolf, był człowiekiem, który posiadał połowę nieruchomości w hrabstwie i dusze polityków, którzy nim zarządzali. A potem byli jeszcze jej bracia. Siedmiu. Dominic, Evan, Felix, Grant, Ian, Kyle i Mason.
Victor nazywał ich Wilczą Watahą. Byli głośnymi, aroganckimi mężczyznami, którzy traktowali świat jak coś, co mogli kupić albo zniszczyć. Nigdy mnie nie lubili. Dla nich byłem tylko zwykłym psem, rządowym psem, który nie był wystarczająco dobry dla ich księżniczki.
Skręciłem za róg w stronę poczekalni OIOM-u i tam ich zobaczyłem. Wyglądało to jak blokada. Victor siedział na ławce, patrząc na zegarek, jakby spóźniał się na posiedzenie zarządu. Siedmiu braci stało półkolem wokół drzwi do jej pokoju.
Kiedy mnie zobaczyli, atmosfera się zmieniła. Nie widziałem w ich oczach żalu. To była irytacja.
„Wreszcie” – powiedział Victor, wstając. Wygładził swój drogi włoski garnitur. „Żołnierz wraca”.
„Gdzie jest
Ona?” Warknąłem, robiąc krok naprzód.
Dominic, najstarszy brat, stanął mi na drodze. Był rosłym facetem, szczurem gimnastycznym z muskularnymi mięśniami i delikatnymi dłońmi. Położył mi dłoń na piersi.
„Spokojnie, Rambo. Ona nie jest teraz w stanie nikogo widzieć”.
Spojrzałem na jego dłoń na mojej piersi. Potem spojrzałem mu w oczy.
„Dotknij mnie jeszcze raz, Dominic, a będziesz w łóżku obok niej”.