„Co?” Christopher odetchnął.
„Kupiłem weksel”, powiedziałam. „Sześć miesięcy temu. Jestem właścicielem tego długu. Jestem właścicielem tego domu. Dach nad wami jest mój”.
„To niemożliwe” – wyszeptał Stephen. „Jesteś… jesteś rzucony. Nie masz nic”.
„Mam majątek netto wart sześćdziesiąt pięć milionów dolarów” – powiedziałem, a słowa utkwiły mi w pamięci jak kamienie. „Nie rzuciłem studiów prawniczych, bo mi się nie udało, Stephen. Rzuciłem je, bo zdałem sobie sprawę, że mogę sobie kupić te studia”.
Przesunąłem po stole kopertę z szarej farby. Zatrzymała się idealnie przed nim.
„To nakaz eksmisji. Masz trzydzieści dni na opuszczenie lokalu. Firma jest niewypłacalna. Wysłałem już dowody defraudacji do Izby Adwokackiej. Christopher zostanie pozbawiony prawa wykonywania zawodu. Prawdopodobnie grożą ci sankcje i potencjalna kara więzienia za pomocnictwo i podżeganie”.
„Nie możesz tego zrobić” – wydyszał Stephen, a w jego oczach pojawiły się łzy – łzy użalania się nad sobą, a nie wyrzuty sumienia. „Jesteśmy rodziną”.
„Rodziną?” Zaśmiałem się sucho i bez humoru. „Rodzina się wspiera. Rodzina nie nazywa córki hańbą. Rodzina nie tuszuje przestępstw, by chronić kruche ego, poświęcając niewinnych”.
Wstałem. Spojrzałem na nich – patriarchę i złote dziecko – oboje sprowadzeni do roli lokatorów w domu, na który ich nie było stać, pokonani przez dziewczynę, której zapomnieli się bać.
„Wyrok zapadł” – powiedziałem. „Zostaliście eksmitowani”.