„Przyjaciele, koledzy” – rozległ się jego głos, lekko bełkotliwy. „Dziś chodzi o dziedzictwo. Chodzi o fundamenty, które budujemy i które przetrwają nas”. Położył ciężką dłoń na ramieniu Christophera. Uścisk przypominał raczej kajdany niż uścisk. „Patrzę na mojego syna i widzę…
przyszłość. Prawo to surowa pani. Wymaga siły. Wymaga hartu ducha. Wymaga… mężczyzn z charakterem.
Fala uprzejmych oklasków przeszła przez salę. Poczułam ciężar tego słowa. Mężczyźni. Nieprzypadkowo. To była teza całego jego życia.
„Mój syn ma taki charakter” – kontynuował Stephen, a jego głos ociekał niezasłużoną dumą. „Ma siłę, by podejmować trudne decyzje. W przeciwieństwie do… no cóż, w przeciwieństwie do tych, którzy załamują się pod presją. Tych, którym brakuje dyscypliny w prawdziwym świecie. Tych, którzy gonią za… małymi grami komputerowymi i fantazjami”.
Wtedy spojrzał prosto na mnie. Uśmiechnął się szyderczo. Nie wypowiedział mojego imienia, ale sala podążyła za jego wzrokiem. Poczułam, jak zbiorowy osąd stu osób zwraca się w moją stronę. Rozczarowanie. Odpadnięcie. Dziewczyna, która nie dała rady.
„Za Christophera” – Stephen wzniósł toast, unosząc wysoko kieliszek. „Przejmuje stery”.
„Za Christophera” – rozległo się w sali.