„Słuchaj, wiem, że było źle, kiedy odszedłeś. Tata był… no cóż, znasz tatę. Jest intensywny. Ale potrzebuję przysługi. I to dużej.”
„Słucham.”
„Mam kłopoty, Lo. Chwilowe problemy z płynnością finansową. Długi hazardowe. Po prostu pech przy stołach, serio. Potrzebuję pięćdziesięciu tysięcy. Tylko na miesiąc. Przysięgam, że oddam ci podwójnie.”
O mało się nie roześmiałem. Długi hazardowe. To była klasyczna wymówka Christophera. To było kłamstwo, którego używał, bo brzmiało łobuzersko, a nie żałośnie. Ale moje algorytmy mówiły co innego. „Długi hazardowe” prawdopodobnie były przykrywką dla defraudacji. Kradł od klientów.
Konta wron, żeby utrzymać się na poziomie, a potrzebował gotówki, żeby załatać dziury przed kwartalnym audytem.
„Pięćdziesiąt tysięcy to kupa forsy dla kogoś, kto rzucił szkołę, Christopherze” – powiedziałem beznamiętnym głosem, niczego nie zdradzającym.
„Wiem, wiem!” – Teraz brzmiał na przerażonego. „Ale pamiętam cię… zawsze miałeś jakieś oszczędności. Z twoich małych projektów komputerowych. Proszę, Lo. Jeśli tego nie naprawię, tata mnie zabije”.
Nie miał pojęcia. Myślał, że ledwo wiążę koniec z końcem, jedząc ramen w kawalerce. Nie wiedział, że prosi rekina o kroplę krwi.
„Mogę ci pomóc” – powiedziałem.
Słyszałem, jak wypuszcza powietrze z żałosną, mokrą ulgą. „Potrafisz? O mój Boże, dziękuję. Dziękuję, Lo”.
„Pod jednym warunkiem”.
„Cokolwiek”.