„To nie jest zbyt pocieszające”. „Nie” – odpowiedziała. „Ale to prawda”.
Szybko wyznaczono termin rozprawy.
Sąd w Lille miał ten niemal obsceniczny zwyczaj przekształcania ludzkich tragedii w ponumerowane akta, fluorescencyjne korytarze i przyciszone głosy czekające na swoją kolej pod panelami administracyjnymi.
Claire miała na sobie granatową sukienkę wybraną przez Maître Leforta, ponieważ emanowała stabilnością, nie sprawiając wrażenia, jakby chciała ją wykrzyczeć zbyt głośno.
Hélène siedziała po jej lewej stronie.
Adrien po jej prawej.
Naprzeciwko niej Margot Renaud, matka Matthieu, emanowała precyzyjną elegancją bardzo bogatych kobiet, które uważają się za moralnie uprawnione do robienia brzydkich rzeczy, jeśli robią je z wystarczającą powściągliwością.
Prawnik strony przeciwnej mówił o trosce.
Nie o kontroli.
Nie o przemocy.
Tylko o trosce.
Trosce o warunki życia.
Trosce o niestabilność.
To słowo pojawiało się tak często, że niemal trąciło manipulacją.
Wtedy wstał Maître Lefort.
Zbyła prośbę ze spokojem kobiety, która ceni precyzję bardziej niż teatralność. Wiadomości. Presja. Zrzuty ekranu. Historia choroby. Opieka pediatryczna. Dokumenty uzupełniające. Oś czasu. Stabilne mieszkanie. Zaświadczenia.
A potem pokazała coś, czego Margot Renaud najwyraźniej nie planowała.
Film.
Nakręcony kilka miesięcy wcześniej, podczas rodzinnego lunchu.