Usta zadrżały jej tylko raz.
Adrien powinien był zapytać, jak sobie poradziła. Jak przeżyła. Zamiast tego, najpierw padło najbardziej lakoniczne pytanie.
„I wylądowałaś na ławce? Jak?”
Claire zamknęła oczy.
„Matka Matthieu mnie nienawidziła. Nie od razu. Na początku traktowała mnie jak kruchą relikwię, bo nosiłam w sobie to, co zostało z jej syna. Potem jej żal się zmienił. Zaczęła mówić, że dzieci to wszystko, co jej zostało, że nie umiem prowadzić rodziny, że nie umiem być stabilna, że nie umiem utrzymać mężczyzny przy życiu ani ratować małżeństwa.
Adrien zacisnął szczękę.
„Zostałam dłużej, niż powinnam” – kontynuowała Claire – „bo chciałam, żeby dzieci miały z nim więź. To był mój błąd. Po porodzie zaczęła chcieć kontrolować wszystko. Gdzie mieszkałam. Lekarzy. Harmonogram. Jak je karmiłam. Potem sugerowała, że Matthieu chciałby, żeby jego dzieci dorastały w porządnym domu, z zasobami, ze spadkiem. To zabawne, jak zmarli nagle stają się rzecznikami wszystkiego, co chcą narzucić żywi”.
Adrien poczuł narastający w nim zimny gniew.
„Próbowała ci je odebrać?”
Claire spojrzała na niego.
„Tak”.
Słowo było bardzo proste.
Bardzo spokojnie.
Zdecydowanie.
„Legalnie?”
„Najpierw przymusem. Potem groźbami. Ma pieniądze. Znajomości. Brata, który jada obiady z połową prominentnych osobistości w Lille. Może to nic nie znaczy. Może znaczy wszystko. Nie musiałam czekać, żeby się dowiedzieć.
„Więc odeszłaś.”
„Odeszłam, tak.”
„Z dwójką niemowląt.”
„Tak.”
Chciał jej powiedzieć, że to lekkomyślne. Że powinna była do kogoś zadzwonić. Znaleźć lepsze rozwiązanie. Myślał spokojniej.
Ale obraz ławki w parku powrócił tak gwałtownie, że zmiażdżył tę myśl, zanim zdążyła się ukształtować.
Strategia należy do tych, którzy wciąż mają trochę luzu.
Przetrwanie natomiast jest lżejsze.
„Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś?” – zapytał w końcu.
Po raz pierwszy od początku rozmowy Claire wydawała się autentycznie zraniona.
„Bo byłaś ostatnią osobą, której chciałabym cokolwiek zawdzięczać.”