Adrien pozostał tam, w złotym świetle parku Barbieux, z matką u boku, i przez chwilę cały świat zdawał się skurczyć do tej ławki, dwójki niemowląt i zmęczonej twarzy Claire.
Wiatr szumiał w drzewach.
Biegacze mijali ich, nie zwalniając tempa.
Kobieta pchała wózek przez ścieżkę.
Park ciągnął się dalej, jakby nic się nie działo.
Ale dla Adriena wszystko się zmieniło.
Claire trzymała dłoń na zielonym kocu. To nie był teatralny gest. To nie był nawet gest strachu. To był ten cichy sposób, w jaki niektóre kobiety chronią, bo życie nauczyło je wcześnie, że nikt inny nie zrobi tego za nie.
„Są moje” – powtórzyła nieco bardziej stanowczo.
Adrien miała sucho w ustach. Pytania kłębiły się w jej głowie. Jej matka, Hélène, pierwsza odzyskała na tyle opanowania, by przemówić.
„Claire… marzniesz” – powiedziała delikatnie.
Claire uśmiechnęła się blado, bez radości.
„Było mi zimniej”.
To zdanie uderzyło mocniej niż szloch.
Rok wcześniej Claire Delorme – teraz znowu Claire Martin po rozwodzie – opuściła życie Adriena z walizką, kilkoma pudłami i ciszą bolesniejszą niż jakakolwiek scena. Nie było kochanka. Żadnego skandalu. Żadnej ekstrawaganckiej zdrady, o której trzeba by opowiedzieć znajomym przy drogiej kolacji.
Tylko zmęczenie.
Czasami mijaliśmy się.
Za dużo nocnych nocy w biurze dla niego.
Za dużo nagromadzonego zmęczenia dla niej.
Za dużo słów wypowiedzianych niczym ostrza.
Za dużo samotności dla dwojga.
Adrien doskonale pamiętał dzień, w którym podpisała papiery rozwodowe.
Nie dlatego, że o to walczyła.
Nie dlatego, że go błagała.
Ale właśnie dlatego, że nie zrobiła ani jednego, ani drugiego.
Siedziała naprzeciwko niego w kancelarii prawniczej, ubrana w kremowy sweter, z tym obojętnym wyrazem twarzy kogoś, kto przestał płakać, zanim jeszcze druga osoba zdążyła przyznać, że to już koniec. Kiedy wzięła długopis, jej ręka nie drgnęła.
„Może tak będzie lepiej” – powiedziała.
Zmusił się do wiary, że myśli to samo.