„Wiem”.
„Nie. Wiesz, po części. Nie wszystko”. Nie wiesz, jak to było stracić Matthieu, stracić równowagę, a potem znaleźć się tutaj, twarzą do ciebie, podczas gdy jakaś część mnie wciąż dokładnie pamiętała, jak cię kochałam”.
To przerwało kłótnię niczym błyskawica w martwym polu.
Adrien spojrzał na nią.
Spojrzała na niego.
Potem Claire zrobiła krok, delikatnie wzięła Noaha z jej ramion, umieściła go w łóżeczku podróżnym pod ścianą, wróciła do Adriena i pocałowała go z jasną rozpaczą kogoś, kto długo walczył z tym gestem.
Odwzajemnił pocałunek.
Bo są chwile, kiedy powściągliwość nie byłaby mądrością.
Tylko strach w przebraniu.
Pocałunek nie był magiczny.
To było coś lepszego.
Był w nim wspomnienie.
Ból.
Czułość.
Wiedza.
Wiedza o ranach, które już zadano.
Stracone lata.
O tym, kim już nie byli.
Kiedy się rozstali, Claire oparła czoło o jego pierś i zaśmiała się z trudem.
„To bardzo zły pomysł”.
Adrien delikatnie przesunął dłonią po jej policzek.
„Mam już trochę dość dobrych pomysłów”.
Miłość, za drugim razem, powróciła inaczej.
Mniej jak fajerwerki.
Bardziej jak ogień odbudowany po burzy, uważnie obserwowany, starannie pielęgnowany, bo oboje wiedzieli, co może zdziałać zaniedbanie.
Rozmawiali o tym, co powinni byli zrobić lata wcześniej.
O dumie.
O strachu.
O ambicji, która bez granic kończy się porzuceniem.
O czułości, która bez granic może przerodzić się w utratę siebie.
Nie otrząsnęli się w ciągu jednej zimy.