Słońce prześwitywało przez drzewa z tą samą delikatnością co wcześniej, ale powietrze wydawało się inne. Nie dlatego, że park się zmienił.
Bo oni się zmienili.
Zatrzymali się przed starą ławką.
Farba wciąż łuszczyła się.
Drewno wciąż nosiło ślady deszczu i upływu lat.
Wydawała się teraz mniejsza niż w dniu, w którym dźwigała cały ciężar ich zawrotu głowy.
Claire wzięła Adriena za rękę.
Uścisnął ją bez wahania.
„Przez jakiś czas nienawidziłam tego miejsca” – powiedziała.
„A teraz?”
Spojrzała na ławkę, potem na Noaha w wózku, potem na Lucie kopiącą nogami, a potem na Adriena.
„Teraz myślę, że to miejsce, w którym moje życie przestało się rozpadać na tyle długo, by ktoś mnie zauważył”.
Adrien poczuł ucisk w gardle.
Kilka metrów dalej Hélène udawała, że porządkuje torbę z pieluchami, oczywiście nasłuchując wszystkiego.
Adrien się uśmiechnął.
„To nie jest opis ławki w Roubaix, jaki często się słyszy”.
Claire lekko szturchnęła go ramieniem.
„Postaraj się być poważny przez trzydzieści sekund”.
„Jestem poważny raz na kwartał. Tak jest w regulaminie”.
Zaśmiała się.
Dźwięk uniósł się w ciepłym powietrzu.
Potem Hélène poprowadziła bliźniaki w stronę kaczek w stawie z subtelnością kobiety, która wychowała syna, ale chciała dać mu jeszcze jedną szansę, by stał się interesujący.
Adrien został sam z Clai
Usiadła z powrotem przed ławką.
Wiatr uniósł kosmyk jej włosów.
Zmieniła się przez rok.
Nie przez to, że stała się bardziej miękka.
Nie przez to, że stała się twardsza.
Przestała przepraszać za to, że istnieje.
Myślał, że musi dostrzegać w nim coś podobnego. Mniej uprzejmego. Mniej dbającego o przekonywanie całych pokoi. Bardziej dbającego o to, by być kimś, w kim ludzie będą przebywać.
„Jest jeszcze jedna rzecz” – powiedział.
Oczy Claire zwęziły się z mieszaniną podejrzliwości i rozbawienia.
„Powinnam się martwić?”
„Prawdopodobnie”.