Rozdział 1: Ciężar szkła i ciszy
Ciężkie, ręcznie rzeźbione, drewniane drzwi naszej posiadłości w Santa Fe stały przede mną niczym brama twierdzy, której nie miałam już sił oblegać. Oparłam czoło o szorstki, wypalony słońcem tynk, a drżące dłonie instynktownie objęły okaleczony brzuch. Mam na imię Alana. Miałam dwadzieścia jeden lat i w tej bolesnej chwili samo istnienie wydawało mi się aktem przemocy. Każdy urywany oddech, który wciągałam do płuc, przypominał mi ząbkowane ostrze przecinające moje żebra.
Właśnie wypisano mnie ze sterylnego oddziału szpitalnego po katastrofalnej operacji. Byłam fizycznie wydrążona, poskładana z powrotem za pomocą zszywek chirurgicznych i rozpuszczającej się nici. A jednak, gdy masywne drzwi wejściowe w końcu otworzyły się do środka, zgrzytając na żelaznych zawiasach, twarz, która mnie powitała, nie dawała mi żadnego ratunku.
W progu stała moja starsza siostra, Vera. Nie westchnęła na widok mojej chorowitej, półprzezroczystej cery. Nie zauważyła grubych, białych opatrunków medycznych, widocznie wybrzuszających się pod cienkim materiałem mojej za dużej bluzy. Zamiast tego, jej ciemne oczy przesunęły się po moim drżącym ciele z absolutną, nieskrywaną pogardą.
„Czy ty w ogóle masz pojęcie, która godzina?” – warknęła, a jej głos brzmiał ostro i zgrzytliwie, niczym rozpieszczona arystokratka zwracająca się do uciekającej pokojówki. „Przestań opierać się o ścianę jak dramatyczny inwalida i wejdź do środka. Musisz ugotować obiad. Natychmiast”.
Jej słowa odbiły się echem w suchym powietrzu Nowego Meksyku, a ich poziom beztroskiego okrucieństwa był tak głęboki, że ostatecznie, nieodwołalnie, zniszczył ostatnie resztki mojego rodzinnego oddania.