Wiedziałam, że coś pękło.
Przez mgłę bólu zdałam sobie sprawę, że Vera nie przyjdzie. Znana była z tego, że wyłączała telefon, aby zapewnić sobie nieprzerwany sen. Drżącymi, bezkrwistymi palcami udało mi się wyciągnąć komórkę z kieszeni i zadzwonić pod numer pogotowia ratunkowego.
Ratownicy medyczni znaleźli mnie dziesięć minut później, zszarzałą i bladą w kałuży zimnego potu. Umieścili mnie na noszach przyciszonymi, natarczywymi głosami. Gdy drzwi karetki zatrzasnęły się z hukiem, spojrzałam na rozległą posiadłość. W domu panowała całkowita cisza. Moja siostra spała, a ja…
Krwawiąc od środka.
Zamknęłam oczy, gdy zawyły syreny, nieświadoma, że prawdziwy koszmar jeszcze się nie zaczął.
Rozdział 2: Sterylne echa lojalności
Sala przyjęć była chaotyczną plamą oślepiających jarzeniówek, krzyczących pielęgniarek i przerażającego trzasku rozcinanych ubrań. Lekarz o łagodnym spojrzeniu i ponurym uśmiechu poinformował mnie, że pękła mi śledziona, powodując rozległy krwotok wewnętrzny.
Obudziłam się kilka godzin później na sali pooperacyjnej. W powietrzu unosił się zapach jodu i wybielacza. Rytmiczne, syntetyczne piknięcie-piknięcie-piknięcie kardiomonitora było jedynym towarzyszem w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Czułam się, jakby mój tors został wydrążony gałką do lodów i wypełniony rozżarzonymi węglami.
Moim pierwszym, instynktownym odruchem było zadzwonienie do ojca.