Wpatrywałem się w lśniące, popękane szkło. Ogarnął mnie głęboki, lodowaty spokój. Resztki poczucia winy za „kapuśnięcie” wyparowały. W ich miejsce w końcu stwardniało solidne jądro absolutnego szacunku do siebie.
Dwa dni później lekarz prowadzący podpisał moje wypisy. Stałem w ogromnym, szklanym holu szpitala, opierając się ciężko o wózek na kółkach, w którym trzymałem moją jedyną torbę podróżną. Nogi trzęsły mi się z wysiłku, gdy stałem. wyprostowana.
Vera zniknęła całkowicie. Próbowałam wysłać jej SMS-a z informacją o godzinie wypisu ze szpitala z czystej konieczności logistycznej, ale wiadomości zmieniły kolor na zielony. Zablokowała mój numer. Miała zamiar zostawić pacjenta po operacji na publicznym krawężniku.
Piper podjechała swoim poobijanym sedanem i wybiegła, żeby zabrać moją torbę. Nie rzucała pustymi frazesami. Delikatnie poprowadziła mnie na miejsce pasażera, pomagając mi ostrożnie zapiąć pas na moim okaleczonym brzuchu.
„Mam nadzieję, że twój tata wróci, zanim spróbuje czegoś kompletnie szalonego” – mruknęła Piper, z pobielałymi kostkami na kierownicy, gdy wjeżdżałyśmy na autostradę.
Wpatrywałam się przez okno w rozmyty pustynny krajobraz, a moje serce waliło w szalonym rytmie o żebra. Nie miałam pojęcia, czy tacie udało się załatwić lot. Wjeżdżałam z powrotem do jaskini lwa, całkowicie bezbronna.
Gdy ukazał się kręty, prywatny podjazd mojej posiadłości, Duszące napięcie w samochodzie stało się absolutne. Wchodziłem w zasadzkę.
Rozdział 4: Nadejście burzy
Co sprowadza nas z powrotem do progu.