Éléonore krzyknęła:
„Nie macie prawa! Jestem Éléonore de Valmont!”
Pan Beaumont odpowiedział krótko:
„Jesteś tylko klientką, która właśnie napadła na właściciela”.
Dwóch ochroniarzy podeszło.
Antoine próbował mnie ponownie błagać.
„Camille, kocham cię!”
Spojrzałam na niego ostatni raz.
„Nie, Antoine. Kochałeś tę milczącą kobietę, która wmówiła ci, że jesteś lepszy”.
Potem spojrzałam na swoją wciąż wilgotną bluzkę.
„Nigdy mnie nie znałeś”.
Ochroniarze odprowadzili ich do wyjścia.
Éléonore płakała, krzyczała, powtarzając, że zadzwoni do ojca.
Antoine jednak już nie krzyczał.
Spojrzał na mnie jak człowiek, który właśnie uświadomił sobie, że spędził pięć lat w pałacu, nie wiedząc, czyj to klucz.
Kiedy szklane drzwi się za nimi zamknęły, na kilka sekund zapadła cisza.
Potem starsza kobieta, siedząca przy stoliku obok fortepianu, zaczęła klaskać.
Dołączył do niej mężczyzna.
Potem kolejny.
A potem cała sala.
Oklaski wypełniły restaurację.
Nie jak głośne świętowanie.
Ale jak podziękowanie.
Zadośćuczynienie.
Nie uśmiechnąłem się od razu.
Po prostu odetchnąłem.
Pan Beaumont podszedł.
„Proszę pani, czy życzy pani sobie, żebyśmy przygotowali drugi stolik? Czy zamknęli prywatny pokój?”
Spojrzałem na moją filiżankę herbaty, wciąż ciepłą, stojącą na stole.
Po czym wróciłem na swoje miejsce.