Pogardliwy.
Okrutny.
Jakby w końcu znalazła idealną scenę, żeby mnie upokorzyć.
Podeszła do mojego stolika, ciągnąc Antoine’a za sobą jak mężczyznę, którego już opętała.
„No, no… patrz, kto tu jest, kochanie” – zawołała wystarczająco głośno, by przyciągnąć uwagę sąsiednich stolików.
Antoine mruknął:
„Éléonore, przestań. Wychodzimy”.
Ale ona nawet go nie posłuchała.
Usiadła przede mną, zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, po czym zaśmiała się krótko i sucho.
„Więc jesteś tą słynną żoną, która odmawia podpisania dokumentów rozwodowych?”
Przechyliła głowę, udając zdziwienie.
„Boże, Antoine… naprawdę miałeś wtedy skromny gust. Wygląda jak gosposia zagubiona w luksusowej restauracji”.
Kilku klientów odwróciło głowy.
Kelner zatrzymał się przy barze.
Skrzypek zwolnił kroku.
Nie drgnąłem.
Po prostu na nią patrzyłem.
Spokojnie.
Antoine natomiast już się pocił.
„Camille, odejdź” – wymamrotał przez zęby. „Nie kompromituj tego bardziej”.
Spojrzałem na niego.
Przez pięć lat ten mężczyzna jadał przy moim stole, spał w moim łóżku, nosił koszule, które mu czasem wybierałem, opowiadał o swoich ambicjach, a ja słuchałem w milczeniu.
A teraz, przed swoją kochanką, prosił mnie, żebym zniknął.
Jakbym to ja miał się wstydzić.
Éléonore położyła wypielęgnowaną dłoń na stole.
„Słyszysz to? Nawet on cię już nie chce”.
Podeszła bliżej.
„Kobieta taka jak ty powinna znać swoje miejsce. Nie pasujesz do tego świata. Nie wiesz”.
Nawet nie wiedziała, jak się ubrać, żeby tu wejść.
Wciąż nie odpowiedziałam.
Cisza ją irytowała.
Chwyciła przede mną szklankę z lodowatą wodą.
Antoine mruknął:
„Éléonore, nie…”
Ale jej nie powstrzymał.