To stało się moim nowym piekłem na kolejne dwa tygodnie. Łykałam tabletki przeciwbólowe i odbierałam telefony od wściekłych dostawców usług weselnych. Nerwowo pisałam maile lewą ręką, a złamany prawy nadgarstek pulsował w temblaku. Valerie kazała mi ręcznie zaadresować pięćdziesiąt zaproszeń ślubnych lewą ręką. Kiedy mój nieznany charakter pisma nieuchronnie wyglądał na chwiejny i nierówny, rozdarła koperty na moich oczach, głośno westchnęła i powiedziała, żebym przestała celowo próbować ją zawstydzać.
Jeśli błagałam o przerwę, żeby przyłożyć lód do nogi, oskarżała mnie o wykorzystywanie kontuzji. Jeśli skrzywiłam się z bólu, przypominała mi, że ona też jest pod ogromnym stresem związanym ze ślubem i nikt nie dba o jej potrzeby.
W upalny czwartek po południu, kiedy mój ojciec był w biurze, rozmawiałam przez komórkę z moją babcią, Eleanor. Teściowa mojej mamy mieszkała w Chicago i spędziła ostatni rok podróżując między swoim domem a domem mojego wujka po śmierci dziadka. Często rozmawiałyśmy, ale celowo ukrywałam przed nią mroczną rzeczywistość mojego życia rodzinnego. Nie chciałam obciążać jej pogrążonego w żałobie serca.
Tego dnia jednak leki przeciwbólowe przestały działać, a ja byłam osłabiona, wyczerpana i fizycznie obolała. Trzymałam telefon włączony na głośniku, spoczywając na poduszce kanapy, i próbowałam utrzymać na kolanach ogromną tablicę z planem miejsc Valerie.
Valerie wpadła do salonu niczym burzowa chmura irytacji. Spojrzała na plan, który trzymałam w dłoniach, i uderzyła w niego mocno, strącając mi go z kolan.
„Przestań się na to gapić jak jakaś tępa idiotka i napraw stolik numer sześć!” – warknęła, a jej głos rozniósł się echem po pokoju. „Boże, nic nie potrafisz zrobić dobrze. Naprawdę, beznadziejna dziewczyna”. Wybiegła do kuchni.