Spojrzała na kosz, potem na moją wyczerpaną, zgarbioną postawę, a jej górna warga wykrzywiła się w szyderczym uśmiechu. Słodycz w jej głosie całkowicie zniknęła, zastąpiona tonem pozbawionym człowieczeństwa.
„Szczerze mówiąc” – powiedziała, powoli pociągając łyk wina. „Jesteś tak samo bezużyteczna, jak twoja matka”.
Mrugnęłam, mój wyczerpany mózg z trudem przetworzył okrucieństwo tego stwierdzenia. Pomyślałam, że się przesłyszałam. „Co ty właśnie powiedziałaś?”
Valerie podeszła, wzięła z kosza jedną z moich prostych bawełnianych bluzek, otworzyła ją z pogardą i wrzuciła z powrotem na stos. Posłała mi cienki, beznamiętny uśmiech. „Twoja matka była urocza, to prawda. Ale była beznadziejna w sprawach praktycznych. Zero dyscypliny. Zero porządku. Same kruche uczucia i zero kręgosłupa. Chyba ta żałosna słabość udzieliła ci się”.
Krew uderzyła mi do twarzy, policzki płonęły. Zwlokłam się z kanapy, zaciskając pięści. „Nigdy więcej nie mów o niej w ten sposób w tym domu”.
Valerie tylko wzruszyła ramionami, obracając wino w kieliszku, jakbym właśnie skomentowała wilgoć. „To przestań dawać mi tyle powodów, żebym cię do niej porównywała. Poskładaj to cholerne pranie i przestań być pasożytem”.
To był prawdziwy początek koszmaru. Po tamtej nocy oficjalnie miała dwie twarze. Kiedy ojciec był w domu, byłam jej „słodką siostrzenicą”. Kiedy odszedł, rozbierała moje poczucie własnej wartości z chirurgiczną, bezlitosną precyzją.
Mój pokój nazywano „obrzydliwym bałaganem”, jeśli na moim biurku leżał choć jeden otwarty podręcznik. Byłam nazywana „leniwą i roszczeniową”, jeśli spałam dłużej niż 8:00 rano w niedzielę po sobotniej zmianie. Byłam „niegrzeczna i aspołeczna”, jeśli nosiłam słuchawki douszne, szorując podłogę w kuchni.
A ilekroć się nudziła albo kiedy zauważała, że czuję się szczególnie pewnie w kwestii szkolnego projektu, sięgała po swoją ulubioną, najostrzejszą broń.
Bezużyteczna.