Drabina na strych składała się z sufitu naszego wolnostojącego garażu. Był to stary, drewniany mechanizm, który zawsze był znany z chwiejności i braku odpowiednich gumowych uchwytów na szczeblach. Garaż był słabo oświetlony pojedynczą, migoczącą żarówką, a ciepło uwięzione w krokwiach sprawiało, że powietrze było niesamowicie stęchłe, gęste i duszne.
Wspiąłem się jednak. Zrobiłem to, ponieważ byłem po prostu zbyt wyczerpany, by toczyć kolejną psychologiczną walkę, a ona skutecznie uwarunkowała mnie przez ostatnie kilka miesięcy, bym nieustannie udowadniał, że nie jestem leniwym pasożytem, za jakiego mnie uważała.
Ciężkie kartonowe pudła były upchnięte aż do najciemniejszego kąta strychu, ciasno wciśnięte za stare ozdoby świąteczne, zepsutą lampę stojącą i stosy starych książek mojej mamy. Skulony w upale, z potem szczypiącym w oczy, udało mi się przeciągnąć największe pudło w stronę prostokątnego otworu.
Poniżej, stojąc na chłodnej betonowej podłodze garażu, Valerie głośno wzdychała, spoglądała na zegarek i warczała na mnie, żebym się pospieszył, bo chce się wykąpać, zanim wróci ojciec.
Dotarłem do krawędzi otworu. Obróciłem się, by lewą ręką chwycić górny szczebel drewnianej drabiny, a prawą pociągnąć ciężkie pudło.
Mój tani, znoszony tenisówka zsunęła się z krawędzi.
Stara drewniana drabina gwałtownie zadrżała na bok. Ciężkie pudło przechyliło się do przodu, całkowicie zaburzając mój środek ciężkości. Rozpaczliwie chwyciłem się drewnianej ramy, ale moje palce zacisnęły się na pustym powietrzu.
Wtedy spadałem.